Czy Bóg wybaczył siostrze Bernadecie?
Szóstego lutego, w Rybniku, około godziny trzynastej Mateusz Domaradzki wyszedł z domu swojej sąsiadki, która się nim opiekowała w godzinach pracy jego rodziców. Ośmiolatek nie ma daleko do domu. Wszyscy mieszkają blisko siebie, znają się, widzą codziennie. Nikogo nie dziwi, że kilkulatkowie wychodzą na dwór w najbliższe okolice bloków. Matka Mateusza wróciła do domu, przygotowała obiad i wyszła do sąsiadki odebrać syna. Od znajomej dowiaduje się, że chłopiec wyszedł jakiś czas temu i powiedział, że sam wróci do domu. Nigdy do swojego domu nie trafił. Mijają kolejne godziny. Rodzice zgłaszają zaginięcie syna na policji. W poszukiwaniach biorą udział strażacy, sąsiedzi, wolontariusze z całego miasta. Nie znaleziono ani chłopca, ani ciała.
W wyznaniach świadków pojawiają się dwaj mężczyźni, dwaj kuzyni: Tomasz Z. i Łukasz N. Obaj znani, obaj tak zwani swoi. Mieszkają w okolicy. Obaj nie bardzo mają pojęcie o tym, co tak naprawdę się stało. Nie potrafią podać jednej wersji wydarzeń. Obciąża ich to, że często zaczepiali inne dzieci pod szkołą obiecując słodycze za to, że pójdą gdzieś w ustronne miejsce. Obaj w przybliżeniu potrafili opisać jak był ubrany Mateusz w dniu jego zaginięcia. Nie potrafią sobie przypomnieć jak zginął. Są zgodni co do tego, że chcieli go jedynie wykorzystać. Obaj zostali skazani na dwadzieścia pięć lat więzienia za morderstwo, którego, jak twierdzi do dzisiaj mama Mateusza, oni nie byli w stanie popełnić. Policja ma swoje wytłumaczenia. To wątek na inny film, na inny artykuł. Faktem jest, że do dzisiaj Mateusz widnieje w dokumentach, jako zaginiony[1].
Tomasz Z. i Łukasz N.
W toku sprawy po przesłuchaniu podejrzanych, śledczym zaczęła kiełkować zupełnie inna sprawa. Sprawa, która po raz kolejny pokazała Polsce, że nie taki kościół katolicki święty, jak go malują. Tomasz Z. zeznał, że wielokrotnie dopuszczał się gwałtów na kolegach, a sam, kiedy miał kilka lat, był gwałcony. Śledczy, biegli, chcieli się dowiedzieć w jakich okolicznościach dochodziło do takich zdarzeń. Tomasz Z. zaczął opowiadać o Domu Dziecka w Zabrzu prowadzonym przez siostry zakonne Boromeuszki. Tak Polska poznaje siostrę Bernadettę, Agnieszkę F. oraz inne współoskarżone w jednym z najgłośniejszych i jednym z najbardziej bulwersujących Polaków, procesie sądowym.
Gdybym był wierzący, to powinienem powiedzieć w tym momencie, że Bogu należy dziękować za panią prokurator Joannę Smorczewską. Drobną kobietę, która nie poddała się naciskom płynącym na nią z każdej strony: od zwierzchników, współpracowników, czy biskupa Jana Wieczorka. Wielokrotnie pracę utrudniali jej sami Zabrzanie, przedstawiciele kuratorium, szkół, ośrodka pomocy społecznej, którzy obawiali się reakcji i konfliktu z wszechmocnym kościołem katolickim. Krzywda dzieci nie miała dla tych ludzi znaczenia. Żadnego.
Prokurator Smorczewska.
Dzięki jej pracy została objawiona hipokryzja sióstr zakonnych, hipokryzja władz miasta, obłuda wielu nauczycieli czy rodziców dzieci, z którymi do klasy chodziły ofiary tych katów w habitach. Zamiast wsparcia, pomocy, reakcji, dzieci dostawały szykany, wyśmiewanie, poniżenie. Kiedy wracały do ośrodka, zamiast troski i opieki, słów wsparcia, Agnieszka F. „zapraszała” na rozmowy wychowawcze, w trakcie których dodatkowo poniżała swoich podopiecznych.
Gdyby nie sprawa zaginionego Mateusza, proceder zbrodni prowadzony przez siostry zakonne trwałby pewnie do dzisiaj.
Źródła
Nie zamierzam być gołosłowny w swoich wypowiedziach, czy w napisanych słowach. Reportaż Justyny Kopińskiej „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” to pewien fundament, na bazie którego przygotowałem cały materiał. [2] Literatury jest dużo więcej. Kolejną bardzo trudną książką poświęconą przemocy seksualnej, fizycznej i psychicznej, jaka często występuje w polskim kościele katolickim, jest „Lękajcie się. Ofiary pedofilii w polskim kościele mówią” autorstwa Ekke Overbeeka.[3] W przygotowaniu materiału bardzo pomocnym jest podcast „Serie Zdarzeń – Podcast kryminalny”, który w filmie pt. „Mieszkałam w Ośrodku Wychowawczym Sióstr Boromeuszek w Zabrzu. Sprawa Mateusza Domaradzkiego.” podzielonym na dwie części, opublikował rozmowę z jedną z ofiar Agnieszki F. i jej wspólniczek. Krótki epizod dziecięcej tragedii, odnoszący się do wydarzeń z Zabrza, przedstawił Wojciech Smarzowski w głośnym filmie „Kler”[4].
O sprawie informowały wszystkie media w Polsce, ogólnopolskie telewizje, gazety, portale internetowe. Nawet te lokalne. Był to pierwszy bardzo poważny sygnał, że w instytucjach kościelnych nie dzieje się dobrze. W sprawie sióstr Boromeuszek, każdego kolejnego dnia, do prokuratury w całym kraju, zaczęły się zgłaszać dorosłe ofiary. Wiele z tych osób wyjechało na drugi koniec Polski, często za granicę, jak najdalej z piekła funkcjonującego pod katolickim krzyżem.
Bez względu na to, czy Tomasz Z i Łukasz N są sprawcami, czy też przypasowali policji, jako sprawcy, nic nie tłumaczy zbrodni dokonywanych przeciwko najmłodszym. Wielu ludzi tak komentowało sprawę, domagając się nawet kary śmierci dla kuzynów. W tym przypadku nie do końca mogę się z tym zgodzić. Łukasz miał czternaście lat, kiedy starszy kuzyn Tomasz, zgwałcił go po raz pierwszy. Tuż po tym, kiedy jako osoba już dorosła opuściła dom dziecka z Zabrza.[5]
Trauma Tomasza Z.
Tomasz Z. i Łukasz N. zostali aresztowani. W trakcie pobytu w areszcie doświadczyli kolejnej porcji przemocy ze strony współosadzonych. Tomasz Z. trafił do celi z Danielem. To Daniel stał się jednym z tych, który powtórzył wyznanie Tomasza Z. o Mateuszu i o innych, z jakiegoś ośrodka, domu dziecka. „Wychowywałem się w takim ośrodku, co zakonnice prowadziły. Nie chciałbyś tam trafić. Sceny jak z horroru”. Tomasz pozostał sam. Nie miał odwiedzin, nie miał wakacji od ośrodka, jedynie siostry i koledzy. Młodsi, starsi. Raz jedni robili to innym, a innym razem robili to jemu. „To po co robiłeś to innym, skoro sam nie chciałeś? – Nie wiem. Wszyscy to robili”. W trakcie procesu Agnieszki F. Daniel zeznał, że Tomasz nawet w celi bał się, że w każdej chwili otworzą się drzwi, a w progu stanie siostra Bernadetta. Tego się bał bardziej niż kary śmierci.
Zabrze płonie.
W Zabrzu się zagotowało. Sprawa Boromeuszek nie była już lokalną sprawą, którą udało by się zamieć pod dywan. Nie pozwoliły na to media, nie pozwoliła Pani Prokurator, nie pozwoliły ofiary, coraz głośniej domagające się głosu. Siostry Boromeuszki nie były same. Wspierała je ówczesna prezydent Zabrza Małgorzata Mańka-Szulik, powiązana, nikt pewnie nie zgadnie, ze środowiskiem Prawa i Sprawiedliwości. Zasłynęła ze skandalicznego wniosku o ułaskawienie Agnieszki F. w którym przekonywała prezydenta Bronisława Komorowskiego, że wszystko co czyta w aktach, jest atakiem na święty kościół katolicki a rzekome ofiary kłamią przed sądem, zapewne za pieniądze. W 2024 roku pani Małgorzata startowała do Parlamentu Europejskiego z list partii Jarosława Kaczyńskiego.
Siostry nie są same
Ogromne wsparcie dla sióstr popłynęło z zabrzańskiej diecezji, od biskupa Wieczorka. Zapewnił o swojej wierze w niewinność w oskarżenia, opłacał pomoc prawną, budował zmowę milczenia na terenie całej diecezji tylko po to, aby o siostrze, o domu dziecka, o zakonie, nie mówiono nic, a jeżeli już, to tylko dobrze, a jeżeli ktokolwiek pytał o sprawę, to odpowiedź miała zawsze brzmieć tak samo: bezpodstawny atak na kościół. Ofiary pana biskupa nie interesowały.
Daniel i Tomasz Z.
Daniel, kolega z celi Tomasza Z. napisał bardzo długi list do prokuratury. Opisał ze szczegółami wszystkie słowa, jakie usłyszał od Tomasza. Podał imiona, nazwiska, przezwiska osób o których usłyszał. Prokuratura rozpoczęła sprawdzanie. Pani Joanna Smorczewska podeszła do sprawy bardzo skrupulatnie. Po pierwsze dlatego,
że Daniel stał się wiarygodnym świadkiem dla sprawy Mateusza, a po drugie dlatego, że podzielała opinie o Tomaszu i Łukaszu, że nie byli oni całkowicie w pełni zdrowymi psychicznie. W swoich liście Daniel stwierdził, że Tomasz jest winny i powinien ponieść karę. Pomimo skrupulatności, nie udało się śledczym odnaleźć ciała Mateusza. W jednej z ostatnich rozmów za równo policja jak i prokurator Smorczewska namawiały matkę, aby ta podpisała dokument poświadczający, że jej syn nie żyje. Pani Domaradzka odmówiła. Wypomniała pani prokurator, że nie pozwolili działać swobodnie znanemu Krzysztofowi Rutkowskiemu. Wg jego informacji Mateusz został uprowadzony i przebywa w Holandii. Ta informacja nie została zweryfikowana przez prokuraturę.
Tomasz Z i Łukasz N zostali skazani za morderstwo na dwadzieścia pięć lat, w sprawie, w której nic nie jest takie oczywiste, a ofiara cały czas widnieje, jako zaginiona. Swoimi Słowami
Boromeuszki na Śląsku.
Boromeuszki na Śląsk przybyły pod koniec XIX wieku. Jako zakon kobiecy zajmował się opieką na potrzebującymi, chorymi, osobami mającymi trudności adaptacyjne i sierotami. Szczytna cele, wspaniała idea. Swoją centralę Boromeuszki miały w Trzebnicy. W Zabrzu, w 1893 roku został zbudowany sierociniec. Swoją rolę pełnił aż do 2015 roku. Zarząd Kongregacji Sióstr Boromeuszek podjął decyzję o zamknięciu placówki po tym, jak sądy wszystkich instancji potwierdziły popełnienie przez siostry zakonne przestępstw seksualnych, stosowania kar cielesnych w tym bicie wieszakami i prętami, stosowanie przemocy psychicznej, poniżania podopiecznych, zaniedbania w dbaniu o czystość, higienę… To tylko wierzchołek góry zarzutów, jaka się wysypała w procesie przeciwko Bernadecie Agnieszce F. i Franciszce Bogumile Ł, jako głównych winnych tych zbrodni.
Paweł
„Siostry w nocy zamykają mnie na klucz z dwójką starszych chłopaków – prawie wykrzyczał Paweł. – A tamci co noc mnie dotykają”. Paweł rozpoczął nowy rok szkolny w Szkole Podstawowej nr 8 w Zabrzu, we wrześniu 20085 roku. Wszyscy wiedzieli, że to kolejny „kolega z bidulca od pingwinów”, jak były nazywane dzieci od Boromeuszek. Paweł był wycofany, wiecznie śpiący, nie potrafił się skupić. Szybko stał się obiektem żartów i kpin ze strony innych uczniów. Stan ten zaniepokoił wychowawczynię i zastępcę dyrektora w jednej osobie, Zofię Włodarską. Przede wszystkim zwróciła uwagę na brudną odzież, dziurawe skarpetki, za małe buty… Zadzwoniła do Bernadetty i wyraziła swoje zaniepokojenie stanem odzieży Pawła. Pawła nie było kilka dni w szkole. Historia się powtarzała. Paweł wracał na kilka dni do szkoły, potem znikał na kolejne dni. Pani Włodarska postanowiła bliżej się przyjrzeć całej sprawie. Już nie tylko odzież. Koledzy Pawła poinformowali, już bez śmiechu, że ma on dziwne przebarwienia na skórze. Zauważyli to, kiedy przebierali się na lekcję wychowania fizycznego. Zapytany, skąd się wzięły te dziwne ślady, zaczął się szarpać i chciał uciekać. Paweł został zabrany do pedagoga, gdzie czekała na niego także Pani Zofia. Przerażony Paweł na kolanach błagał, aby nie informowały o tej rozmowie siostry Bernadetty. Po raz pierwszy Paweł błagał, aby nie odsyłać go z powrotem. Był gotowy na wszystko, aby tylko nie wracać. Wyznanie chłopca przeraziło nauczycielki. Zakonnice biją go po twarzy, używają wieszaków, mopa, a jeżeli im się nie chce, to proszą starszych kolegów, aby wyręczyli siostry w „wymierzeniu sprawiedliwej kary”. Sytuacja była tak dramatyczna, że Panie postanowiły działać.
„- Nie wrócę do ośrodka – powiedział Paweł – Nie wrócę i już. Dziś nie wrócę do pingwinów. A jeśli mi każecie, to się zabiję.” Swoimi Słowami
Historii Pawła ciąg dalszy. 
Mijały miesiące. Paweł każdego dnia prosił innych nauczycieli o pomoc, opowiadał o tym, co go spotyka ze strony siostry Bernadetty. Nie uwierzył mu nikt.SiostraBernadetta miała dwa oblicza. A może i więcej. Jedno dla nauczycieli, kuratorów, osób zewnątrz. Każdy kto miał z nią kontakt ulegał jej anielskiemu urokowi. Anioł zmieniał się w demona, kiedy nikt nie patrzył, a dzieci zostawały z Agnieszką F. sam na sam. Wielokrotnie przekonywała grono nauczycielskie, że Paweł jest cofnięty w rozwoju, miał za sobą próby samobójcze i ma wiele fantazji. Konia z rzędem komukolwiek, kto nie uwierzy siostrze zakonnej. Nie uwierzyła Zofia Winiarska i pedagog. W lutym 2006 roku zaprosiły Pawła na kolejną rozmowę. To w trakcie tej rozmowy Paweł opowiedział o tym, jak to jest zamykany na klucz ze starszymi kolegami, jak dochodzi do gwałtów, do bicia, to wymierzania kar w ciemnym pokoju. Opowiada, że kiedyś chociaż dostawali wiadro do pokoju, aby mieć gdzie załatwić potrzeby fizjologiczne. Później nawet wiadra nie było. Paweł wyznaje, że każdego dnia przed szkołą dostaje garść tabletek, które musi połknąć przy Bernadetcie i dopiero wtedy może iść do szkoły. Wyniki badania z pobranej krwi w tajemnicy przed Boromeuszkami nie pozostawiają złudzeń. Chłopiec ma ogromną dawkę leków nasennych i psychotropowych, które niejednego dorosłego by położyły nie tylko do łóżka. Panie powiadamiają policję. Paweł nie wraca już do Boromeuszek, ale Centrum Wsparcia Kryzysowego w Zabrzu. W Centrum pracownicy stwierdzają, że chłopiec był poddany długiej przemocy fizycznej, ma kilkanaście siniaków, boi się pokazać miejsca intymne a dawka leków, jaką ewentualnie otrzymuje osoba w jego wieku, jest przekroczona dziesięciokrotnie. W godzinach nocnych do drzwi zaczyna się dobijać siostra Bernadetta z żądaniem wydania chłopca. Pracownicy nie wpuszczają rozgniewanej zakonnicy, a ona sama zapomniała założyć maski serdeczności. Jest wulgarna, agresywna, próbuje fizycznie dostać się do środka. Jej zachowanie będzie objęte jednym z aktów oskarżenia. Opiekunowie chowają Pawła i notują, że kiedy usłyszał jej głos, zmoczył piżamę i materac. Jak tylko się uspokoiło, Paweł automatycznie chciał wyprać samodzielnie piżamę i pościel. Na pytanie „dlaczego” odpowiada, że jeżeli ktoś się zmoczy, to siostry najpierw wymierzają fizyczną karę, potem każą prać ręcznie i suszyć całą noc, machaniem zmoczoną pościelą.
Wygrana ze złem
Dzisiaj Paweł to około trzydziestoletni mężczyzna. Ostatni raz o potwornościach i przemocy w domu dziecka w Zabrzu opowiadał podczas procesu w którym wygrał odszkodowanie od zakonu Boromeuszek. 24 lipca 2023 roku sąd okręgowy w Warszawie przyznał jako ofierze pół miliona złotych. Sąd nie miał żadnych wątpliwości, że wypłatę odszkodowania mają zrealizować obie skazane, Kongregacja Sióstr oraz PZU, ubezpieczyciel zakonu.
W trakcie procesu Paweł po raz kolejny wraca do czasów pobytu. Wspomina, jak siostry nakazywały karanie młodszych przez starszych. Małe dzieci miały przychodzić do starszych i prosić, aby ich starsi ukarali. Na wszystko spoglądały „łaskawie” Bernadetta i Franciszka.
Wielu miejscach czytam komentarze, że NIKT w Zabrzu nie wiedział o tym co się dzieje w domu dziecka na ulicy Wolności. Dzieci chodziły zaniedbane, brudne, pobite, wyciszone, nafaszerowane środkami odurzającymi, były zawożone na SOR z ranami wymagającymi szycia… I NIKT nic nie widział? Nie wierzę wam szanowni mieszkańcy Zabrza, a wasza postawa w trakcie procesu pokazuje, że wielu z Was powinno siedzieć razem z tymi dwoma zbrodniarkami.
Mariusz, Witek i biegły Andrzej Zyber
W procesie dwóch braci Mariusza i Witka, sprawców gwałtów na młodszych dzieciach brał udział biegły, prokurator, psycholog Andrzej Zyber.[6] Jedna z najbardziej odrażających postaci nie tylko tego procesu. Pan biegły w swojej opinii napisał o ofierze braci, trzynastoletnim Przemku tak: „Można przyjąć, że sprawiało mu to przyjemność. Trudno ty mówić o jakimś wykorzystywaniu nieletnich…” W swojej opinii na temat samej Agnieszki F., z którą spotkał się zaledwie kilka razy, napisał, że wywarła na nim jak najbardziej pozytywne wrażenie i nigdy nie powie na nią złego słowa. Okazuje się, że nigdy nie rozmawiał ani służbowo, ani prywatnie, na temat molestowania, przemocy w jej ośrodku. Rozmawiali o sprawach zupełnie niezwiązanych ze sprawą. Jeden z oskarżonych, starszy, Mariusz był jednym z „odpowiedzialnych” za cztero i pięciolatków. Miał pilnować, aby się nie moczyły, a jeżeli już któreś się zmoczy to… Na pytanie prokuratora, czy Bernadetta wie o tym, że jest on oskarżony w sprawie przemocy seksualnej, odpowiedział, że tak. Obaj bracia zostali uznani winnymi, ale jako niepoczytalni, nie zostali skazani na więzienie.[7]
Opisana przeze mnie, tak szeroko, historia Pawła, to nie jedyny taki w historii ośrodka prowadzonego przez Boromeuszki.
Tomasz Z wraca do piekła
Tomasz Z. jeden z podejrzanych o zamordowanie Mateusza z Rybnika, wraz z panią prokurator Joanną Smorczewską oraz policjantami z wydziału dochodzeniowo-śledczego udali się do domu dziecka na wizję lokalną. Eksperyment procesowy miał być nagrywany. Nagranie jako dowód stanowiło duże obciążenie dla oskarżonych w późniejszym procesie obu pań. Po wejściu do środka zamiast dziecięcej radości, hałasu, zaciekawienia, przybyłych przywitała cisza i kilkoro wystraszonych podopiecznych mijających gości z przerażeniem w oczach. Jak to ujął jeden z policjantów, nawet on poczuł się bardzo nieswojo.
W oknach kraty, pozamykane pomieszczenia, celowe utrudnianie pracy śledczych i każde dziecko wychudzone, ze strachem w oczach, w brudnej dziurawej odzieży. Taki obraz wstrząsnął policjantami mającymi dwadzieścia lat pracy z najgorszymi bandytami. W pokojach nie było żadnych półek. Stały tylko surowe łóżka. Prokurator w swoim akcie oskarżenia napisała, że nie było tam ani jednej zabawki. Jedyne, jakie zostały zauważone, znajdowały się w gablocie, zamknięte na klucz.
W łazience stało kilka kubków, w których były szczoteczki do zębów. Wszystkie niebieskie. Na pytanie, dlaczego dzieci nie mają osobnych kubków na szczoteczki, siostra Bernadetta odpowiedziała, że dzieci wiedzą, czyja jest kogo. Prokurator nie kupiła uśmiechu, przyjaznych gestów, jakimi nieudolnie czarowała Agnieszka F. Policjanci próbowali porozmawiać z mijanymi dziećmi, ale te były przerażone i nie potrafiły opowiedzieć na proste pytania.
Dary dla Katolickiego Domu Dziecka
Przed pierwszą wizytą w domu dziecka, prokurator Joanna wykonała ogólną analizę dotyczącą jego działalności. Zajrzała także w dokumenty dotyczące darowizn; prezentów, jakie otrzymywały dzieci z różnych okazji. Z dokumentów wynikało, że dzieci często dostawały nową odzież, nowe zabawki, a niektóre nawet pieniądze od rodziców; którym ograniczano prawa rodzicielskie. Dom dziecka, jak wynikało z samej dokumentacji, powinien kipieć od zabawek, maskotek, kolorowych pościeli. Gdzie więc to wszystko się znajdowało?
Chociaż Bernadetta robiła co mogła, aby ukryć wydarzenia z jej placówki, zwierzchnicy zakonu nie mogli pozostać całkowicie głusi i ślepi. Wiedzieli już, że to co się za chwile wyleje, będzie potężnym ciosem dla całego kościoła katolickiego. Bardzo często Bernadetta próbowała szantażować panią prokurator i policjantów, że ona zadzwoni, ona wie, gdzie porozmawiać. Zakon odsunął wszystkie siostry tuż przed początkiem śledztwa w ich sprawie w 2007 roku.
Dzieci zaczęły mówić.
Dzieci nie widziały żadnych darów odzieży, a jeżeli nawet, to siostra Patrycja była odpowiedzialna za konfiskatę wszystkiego, co dzieci miały dostawać. Wszystkie prezenty, zabawki, odzież a nawet pieniądze były dzieciom zabierane i nikt nie miał pojęcia, co się z nimi działo. Za pytanie o własne pieniądze dzieci czekała kara. Starsi doskonale już orientowali się, że jeżeli cokolwiek dostaną, to powierzali to kolegom w szkole, aby tylko nie trafiło do domu dziecka. Przeszukania plecaków, piórników, a nawet kontrole osobiste wykonywane przez zakonnice były chlebem codziennym dzieci wracających ze szkoły.
Prześladowanie podopiecznych
Dzieciom zakazywano posiadania zdjęć rodziców, braci, sióstr, kogokolwiek z rodziny. Jak mówiła siostra Bernadetta, to one i Jezus są rodziną i nikt nie potrzebuje żadnych zdjęć. Praktyką u Boromeuszek było rozdzielanie rodzeństwa. Może to szokować, ale przypadki, kiedy brat i siostra całkowicie tracili ze sobą kontakt były powszechne. To wszystko działo się w jednym budynku. Ogólne zalecenie było takie, że dziewczynki nie mają mieć kontaktu z chłopcami. Żadnego. Dotyczyło to wszystkich, nawet braci i siostry. Na siłę rozdzielano rodzeństwo tej samej płci, zakazując kontaktów pomiędzy braćmi czy siostrami. Za złamanie zasad groziły bardzo surowe kary.
Prawo adopcyjne nie istnieje
Ogólne zasady adopcyjne także były łamane. W podcaście „Serie Zdarzeń – Podcast kryminalny”, w filmie pt. „Mieszkałam w Ośrodku Wychowawczym Sióstr Boromeuszek w Zabrzu. Sprawa Mateusza Domaradzkiego.” jedna z ofiar była ofiarą takiej adopcji. Została rozdzielona z bratem. Chociaż rodzeństwo powinno być adoptowane razem, to w wielu przypadkach, na podstawie opinii wspomnianego biegłego Zybera, w której stwierdzał on całkowite rozbicie więzów rodzinnych, sądy rodzinne klepały adopcje, nie wczytując się w opinie pisane na kolanie, bo jak wykazało śledztwo, bardzo często nie rozmawiał on z żadnym z dzieci a swoje wnioski opierał o oświadczenia Bernadetty. Bohaterka spotkała swojego brata dopiero po ukończeniu 18 roku życia. Lat nie zwrócił im nikt.
Wychowanie przez terror

Dzieci pozbawiono wolnego czasu, zabawek, dostępu do radia czy telewizji. W zamian miały godzinę czasu na naukę, godzinę na lekcje, a resztę czasu miały poświęcić czystości. Sprzątanie potrafiło trwać całe dnie. Śledczy byli zdumieni, bo chociaż pamiętali falę w wojsku, to nie przypominali sobie, aby kogoś traktować tak podle, jak te dzieci. Wiele dziewcząt potwierdziło zeznanie koleżanki, której głowa zostało zanurzona przez siostrę Patrycję w toalecie, tylko dlatego, że ta odważyła się głośniej odpowiedzieć, że już ją wyczyściła. Codzienne wyzywanie dziewcząt od „dziwek”, „kurew”, „bękartów”, „porzuconych śmieci”, to kolejny kamyk do zarzutów, które znajdowały potwierdzenie u tych trzech sióstr, które pomagały dzieciom, a ich zeznania potwierdzały wersję dzieci. Najgorszą karą cielesną stosowaną wobec dziewcząt było golenie głowy do zera. Kara była stosowana bardzo często. Zastanawiam się tylko, czy nauczyciele uczący te dziewczynki mogą dzisiaj spojrzeć sobie we własne odbicie. Jak wytłumaczyli sobie to, co wtedy widzieli?
Samotne w środowisku
Dzieci były całkowicie izolowane od kontaktu z kimkolwiek zewnątrz. Jedna z historii Adama jest bardzo przytłaczająca. Do domu dziecka przyszła jedna z mam i zaprosiła Adama do domu, aby wspólnie z jej dziećmi odrobił lekcje. Drzwi zostały jej zatrzaśnięte przed nosem, a Adam został ukarany ciężkim pobiciem. Nie był w szkole przez tydzień. Ten sam Adam relacjonował, jakimi metodami siostry uciszały dzieci, które miały niespokojne noce. Stosowały poduszki. Podduszały, a kiedy dziecko się uspokoiło, siostra sprawdzała puls i wychodziła. Chociaż wszystkie dzieci to widziały, żadne nie drgnęło.
Jedzenie z podłogi
Okazuje się, że jedzenie także może być karą. Chociaż ośrodek, jak wynikało z dokumentów, miał bardzo dobre zaopatrzenie, to dzieci często dostawały jakieś dziwne rzeczy do jedzenia. Śledczy zauważyli to już w trakcie pierwszej wizji lokalnej. Dzieci nie chciały jeść podrobów, odkrojonych tłuszczy, więc starali się je wyrzucać albo chować do kieszeni i potem gdzieś się tego pozbyć. Każde przyłapane dziecko było zmuszane do wchodzenia pod stół i jedzenia tego co wyrzuciło, wprost z podłogi. Ograniczanie porcji, okresowe głodówki, pozbawienie słodyczy, to kolejny system kar, na jaki wpadły siostry zakonne.
Tomasz zaprowadził śledczych do jadalni, gdzie w głębokiej ciszy, w świetle, dzieci wyglądały jeszcze gorzej. Po wskazaniu czterech chłopców, których miał krzywdzić za zgodą przełożonej Bernadetty, Prokurator Joanna zażądała pokoju, aby mogła z nimi porozmawiać bez świadków. Sistra Bernadetta protestowała.
Pierwotna sympatia gdzieś wyparowała, anioł uciekł przed demonem.
Agnieszka F.
Pani Prokurator wiedziała już, że zeznania Tomasza, to tylko wierzchołek góry, który musi zostać pokazany światu. I to właśnie dzięki niej, dzięki towarzyszącym jej policjantom, po tym co zobaczyli, przestali traktować pracujące w ośrodku zakonnice, jako święte.
„-Niech Pani nie mówi do mnie takim tonem. Pani jest niemiłą!” próbowała krzykiem ratować swoją sytuację Agnieszka F. „Bycie miłym nie należy do moich obowiązków.” Odpowiedziała Pani Prokurator. Panowie policjanci stanęli murem przy pani prokurator.
Dyrektorka domu dziecka robiła co mogła, aby utrudnić pracę i to było aż nadto widoczne. Niestety dla niej samej, informacje od Tomasza Z. były tak dokładne, a on sam w roli przewodnika tak perfekcyjny, że wszystko co chciała ukryć przed nimi, zostało pokazane.
W domu znajdowały się całkowicie zaciemnione pokoje, w których zamykano najbardziej niegrzecznych wychowanków. Czasami na kilka dni, podając im jedzenie na metalowych miskach. Prokurator zażądała, aby wszystkie wskazane przez Tomasza pomieszczenia zostały otworzone. Agnieszka F. stwierdziła, że nie ma klucza do tego pokoju, gdzieś zaginęły. „To my tu postoimy nawet całą dobę, dopóki klucz się nie znajdzie.”
Obecny na wizji lokalnej Leszek Gajosz relacjonował:
„Jak to się stało, że nauczyciele lub kuratorzy nie zauważyli, że coś złego się dzieje w ośrodku. Dzieci były po prostu zaniedbane. Ubrania miały za duże; widać, że chodziły w nich od kilku dni.” „Niech ktoś mi wmówi, że te dzieci nie są bite – Powiedział Gajosz, gdy tylko wsiedli do samochodu. - Chyba nie tylko bite. – odparła pani prokuratora, w jej głosie było słychać wściekłość.”[8]
Droga do aktu oskarżenia Agnieszki F. i Bogumiły Ł. Została otwarta.
Śledczy wiedzą więcej
Kolejne wizyty śledczych doprowadzały Bernadettę do wściekłości. Nie mogła jednak już zatrzymać biegu wydarzeń. Prokuratura poinformowała Zgromadzenie w Trzebnicy o planowanym śledztwie przedstawiając tylko szczątki zebranych informacji. Działanie to miało tylko jeden cel. Usunięcie Bernadetty, Franciszki i Patrycji z ośrodka. Udało się. Jeszcze przed oficjalnym śledztwem dyrektorka została odwołana jej współpracownice odsunięte od jakichkolwiek decyzji.
Pozbawione głowy Boromeuszki nie potrafiły sobie poradzić ze śledczymi. Codziennie przyjeżdżał radiowóz i zabierał dzieci na przesłuchania. Inni policjanci docierali do dorosłych, byłych wychowanków. Łącznie zebrano ponad kilkudziesięciu obecnych i byłych wychowanków domu dziecka oraz kilkunastu nauczycieli, którzy odważyli się wystąpić przeciwko kościołowi, a to wiązało się z ostracyzmem swoich kolegów, którzy chociaż widzieli, to nie zamierzali dążyć do ukarania zakonnicy z kościoła katolickiego. Kolejny raz religia wygrała z wiarą.
Kuratorzy kościoła nie ruszają
Zadziwiające były działania kuratoriów z Katowic i Gliwic. Uważam, że na łąwie oskarżonych powinni zasiąść zarówno Marian Droś jak i wicekurator Alicja 
Janowska. Są to obok wspomnianego biegłego, kolejne osoby, które w sprawie powinny zasiadać jako współwinne, fałszujące zeznania i dowody. Kiedy prokurator Joanna Smorczewska zwróciła się do kuratorium z oficjalnym procesowym pismem o przeprowadzenie wizytacji ośrodka, kuratorium wysłało do badania sprawy Macieja Osucha. Osuch przyjechał do domu dziecka i tak jak się spodziewał nie stwierdził nic niepokojącego. Rozmowy z dziećmi przypominały trochę odbicie przez kalkę. Miał on jednak na uwadze informacje od Smorczewskiej, że z dziećmi najlepiej rozmawiać poza kontrolą sióstr. Pomyślał i tak też zrobił. Na jego życzenie zgromadzono w kilku klasach wychowanków domu dziecka i to co zobaczył, to co usłyszał, przerosło jego najśmielsze oczekiwania. Jego raport z wizytacji nie spodobał się katolickim zwierzchnikom. Alicja Janowska natychmiast pojawiła się w Zabrzu i wręcz zmuszała Osucha do zmiany raportu. Ten tego uczynić nie zamierzał. Alicja Janowska wprost powiedziała, że nie ma prawa naruszać dobrego imienia kościoła. W kilka godzin później dowiedział się, że już nie prowadzi sprawy z Zabrza. Nie miał powodu do zmartwień, bo sprawę przedstawił zarówno pani prokurator, jak i Rzecznikowi Praw Obywatelskich. W roku 2018 zarówno Janowska jak i Droś „nie pamiętają”, aby prowadzili jakiekolwiek działania nieetyczne wobec swojego kolegi.[9]
Nauczyciele
Skandaliczne były zachowania całego środowiska nauczycielskiego, które panicznie walczyło oto, aby żadnej z sióstr nie spadł włos z głowy. W pokojach nauczycielskich toczyło się wiele rozmów, które miały jeden cel: nie oskarżać sióstr, wybronić je za wszelką cenę. Niewielu nauczycieli stanęło po stronie ofiar, po stronie dzieci. Tym bardziej należą się słowa uznania Zofii Włodarskiej ze SP nr8 w Zabrzu, która do samego końca nie poddała się i była jedną z najbardziej aktywnych nauczycielek w całym procesie.
Proces
Proces rozpoczął się 28 sierpnia 2008 roku w Zabrzu. Na Sali nie było prokurator Smorczewskiej, która akurat zaczęła rodzić. Jej zadania przejęli koledzy z Gliwic. Uważam, że było to niesprawiedliwe dla ofiar. Prokuratorzy mając ogromny materiał dowodowy podchodzili do swojego zadania z widocznym oporem. Obecność prokurator Smorczewskiej od początku procesu z pewnością zmieniło by jego oblicze. Pojawienie się na sali sądowej odebrało wiele animuszu oskarżonym, które wierzyły, że nie będzie jej do końca procesu. W trakcie pierwszych przesłuchań zwracano się do sióstr ich zakonnymi imionami. Smorczewska to zmieniła. Od pierwszych sekund na Sali miała naprzeciwko siebie Agnieszkę F. i Bogumiłę Ł, co doprowadzało tę pierwszą do wybuchów gniewu.
W trakcie procesu zeznawało ponad osiemdziesięciu wychowanków, którzy w większości potwierdzili dochodzenie prokuratury. Zeznawała Zofia Włodarska, Maciej Osuch. Osuch bardzo obszernie zrelacjonował próby jego zwierzchników, panią Janowską i pana Drosia, aby tuszować całą sprawę. Zofia Włodarska wyraziła swoje wielkie rozczarowanie pod adresem środowiska nauczycielskiego.
Biegła Maria
Biegła Psycholog Maria Ptasiewicz, uczestnicząca w tej sprawie jako współpracownik prokurator Smorczewskiej, poproszona przez sąd o opinie na temat zeznających stwierdziła, że nigdy wcześniej nie spotkała się tak wielkim okrucieństwem wymierzonym w osoby skrzywdzone, w niewinne i bezbronne dzieci. Nie spotkała się w swojej pracy z takimi osobami i przyznała, że ta sprawa podważyła jej wiarę w kościelne instytucje. Obok pokoju dyrektor Bernadetty był inny pokój. Ten do którego brakowało klucza. To tam siostry przeprowadzały egzekucje, bicie do krwi, do złamań na wychowankach, którzy mieli być otoczeni opieką. Okrucieństwo oskarżonych nie budzi żadnych wątpliwości.
W
okolicy sądu nie zabrakło gorących sporów pomiędzy obrońcami obu pań, jak i zwolenników ich linczu. Wielu mieszkańców atakowało prokurator, policję, że w ogóle mieli czelność postawić w stan oskarżenia zacne siostry. Przeciwnicy zakonnic domagali się oddania w ich ręce, aby sprawiedliwości stało się zadośćuczynienie. Na wszelki wypadek, na czas przewożenia oskarżonych do sądu, okoliczne ulice były pozamykane, a jeżeli nie można było ich zamknąć, to otoczone zostały przez oddziały policyjne.
Wyrok w zawieszeniu
Sąd pierwszej instancji nie miał wątpliwości co do winy obu oskarżonych, ale już przy wymierzeniu kary, po raz kolejny pokazał jak polskie instytucje państwowe, w tym sądy, są pod katolickim butem. Wyrok brzmiał: dwa lata więzienia, ale w zawieszeniu. Od wyroku odwołała się prokuratura, nie zgadzając się na jakiekolwiek zawieszenie i kwestionując dwa lata, jako karę zbyt niską.
Apelacja
Bezczelność Agnieszki F. przekroczyła wszelkie granice. Na wieść o apelacji napisała długi list do Sądu w Gliwicach, w którym po raz kolejny oczerniła podopiecznych nazywając ich wszystkich cofniętymi w rozwoju. Podkreślała, że nigdy nie dopuściła się jakiegokolwiek z zarzucanych jej przestępstw. Podważała zeznania poszkodowanych, sugerując, że gdyby ją spotkało takie okrucieństwo, to ona by to z pewnością pamiętała w szczegółach. W liście podniosła sprawę wielkiej niechęci ze strony śledczych do jej osoby, podważała kompetencje Zofii Winiarskiej, biegłej Marii Ptasiewicz domagając się badania przez Andrzeja Zybera. W ostatnich słowach wspomina, że dobrowolnie oddała statuetkę św. Kamila otrzymaną od Urzędu Miasta Zabrza w 2003 roku.[10]Prawda jest taka, że nie zwróciła jej dobrowolnie, ale została do tego zmuszona przez zwierzchników z Trzebnicy, którzy nie zamierzali już dłużej udawać, że król jest nagi.
Upadek po wieku
Reputacja Boromeuszek ucierpiała tak bardzo, że po wielu latach prób, powoływania nowej dyrektor, oddelegowania nowej kadry zakonnic, nowych rad społecznych, edukacyjnych, nie udało się utrzymać domu dziecka i w 2015 roku, po ponad stu latach działalności, ponad trzydziestu lat torturowania i katowania dzieci przez katolicki zakon, został zamknięty. Oficjalnie, z powodów administracyjnych i zmiany przepisów oświatowych. Nieoficjalnie, siostry nie potrafiły odbudować zaufania, a instytucje odpowiedzialne za wykonanie wyroków sądów rodzinnych przestały kierować do takich domów jakichkolwiek podopiecznych.
W 2022 roku miasto Zabrze umieściło w dawnym złym domu, ukraińskie matki z dziećmi z zastrzeżeniem, że pieczę nad kobietami i dziećmi mogą mieć tylko osoby świeckie.
Agnieszka F. listy pisze
List nie wzruszył żadnego z sędziów. Sąd Okręgowy zmienił wyrok pierwszej instancji na dwa lata bezwzględnego więzienia dla Agnieszki F. i Bogumiły Ł.
Prezydent pisze do prezydenta
Wiele rzeczy bulwersuje w sprawie siostry Bernadetty. Ówczesna prezydent miasta Małgorzata Mańka-Szulik, polityk Prawa i Sprawiedliwości, napisała wniosek o ułaskawienie do prezydenta Komorowskiego, odwołując się tylko do wiary, posługi i faktu, że przecież chodzi o siostrę zakonną. Zapomniała wspomnieć o tym co się działo w ośrodku. Ciekawe, czy ma ona pojęcie, że kancelaria zasięga opinii prokuratury i sądów o osobie w sprawie której napisano o akt łaski.
Ucieczka przed więzieniem
Bernadetta nie zamierzała iść do więzienia. Przez trzy lata ona sama, jej adwokat, pisał prośby o odroczenie wykonania tej kary, a nawet o warunkowe zawieszenie jej wykonania. Mecenas Edward Baraniecki podkreślał, że karę zaczęła już odbywać. Zakon umieścił Bernadettę w zimnej celi, trzymając ją o chlebie i wodzie. Mecenas odwoływał się do stresu, schorzenia gardła i problemów z układem pokarmowym. Dwukrotnie udało się odroczyć wykonanie kary.
Ani słowa skruchy i przyznania się do winy. Jeszcze nie.
W celi
W 2014 roku zapadła decyzja o tym, że Bernadetta ostatecznie trafi do więzienia. Zadziwiający ruch ze strony Agnieszki F. zaskoczył prokuraturę. Agnieszka F. wyraziła skruchę, przyznała się do winy i poddała się ostatecznie wyrokowi. W maju 2014 trafiła do zakładu karnego we Wrocławiu.
Podobnie do prokuratury uważam, że akt skruchy był kalkulacją, co bardziej się opłaca. Nie wierzę w jej nawrócenie ani przemianę. To potwór, który umrze potworem i nic nie zmieni jej życia. Zamieszkała w jednym z domów zakonnych, co nie spodobało się wielu innym Boromeuszkom.
Czy to koniec?
Kilkudziesięciu poszkodowanych zgodziło się zeznawać w procesie. Jaka jest skala ofiar Agnieszki F. tego nie wie nikt. Ilu takich ludzi jak Tomasz Z. skrzywdziło inne osoby, tylko dlatego, że Agnieszka F. wykrzywiała im człowieczeństwo od najmłodszych lat?
24 lipca 2023 roku Paweł, bohater książki „Czy Bóg wybaczy siostrze Berndetcie” uzyskał odszkodowanie w wysokości 500 tysięcy złotych od zakony Boromeuszek. Czekam na kolejne odszkodowania. Sądzę, że w przypadku Zabrza, po tym co przeczytałem, nie tylko Zakon powinien wypłacić odszkodowanie.
[1] „Dzieci siostry Bernadetty cz.I” Kinga Płachecińska; CBS Reality Polska; 2020 rok
[2] „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” Justyna Kopińska; Świat Książki; 2018 rok.
[3] „Lękajcie się Ofiary. pedofilii w polskim kościele mówią” Ekke Overbeek; Czarna Owca; 2013 rok.
[4] „Kler” reż. Wojciech Smarzowski; 2018 rok; Kino Świat, Polski instytut Sztuki Filmowej, Showmax;
[5] „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” Justyna Kopińska; Świat Książki; 2018; rok; str 29;
[6] „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” Justyna Kopińska; Świat Książki; 2018 rok; str50-54
[7] „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” Justyna Kopińska; Świat Książki; 2018 rok; str. 46;
[8] „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” Justyna Kopińska; Świat Książki; 2018 rok; str.58;
[9] „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” Justyna Kopińska; Świat Książki; 2018 rok; str. 139;
[10] „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” Justyna Kopińska; Świat Książki; 2018 rok; str 176;









Dodaj komentarz